2014.06.06-08 Železné

zelezne 1Długo wyczekiwany dzień nadszedł. Nasze tabory wyruszyły na południe, by stawić czoło rebelianckim zastępom dowodzonym przez Szarego Lisa, gen. Lee… Ale nie wyprzedajmy faktów. W słoneczny piątkowy dzień wyruszyliśmy z Bielawy (mowa tu o Yankesie62, Old Savage, Blue Savage oraz piszącym te słowa Pete), by po dziwnie mniej dziurawych czeskich drogach, dotrzeć do pięknie położonej na stoku wzgórza miejscowości Železné, w okolicach której miało dojść do starcia niebiesko-szarych wojsk. Na miejscu już na nas czekali Legionista oraz Zack Luther, którzy zawczasu dokonali wstępnego rekonesansu najbliższej okolicy. Czas nas gonił więc trzeba było rozbić nasze namioty, a że wieczór zbliżał się wielkimi krokami zabraliśmy się za przygotowywanie wieczornej strawy, tj. Gulaszu a’la Yankes, który najprawdopodobniej na dniach wejdzie do menu pewnej firmy z „Mc” na początku, jako Mcgulasz, a może tylko mi się to śniło? Późnym wieczorem, po przebyciu wielu mil pokrętnych czeskich dróg do obozu dotarł Killerxcartoon, który zasilił zielone szeregi sharpshootersów. Dziwnym zbiegiem okoliczności, pewnie za Killerxcartoonem, dotarł i ten strasznie chrapiący niedźwiedź, który prześladował nas na ostatnich imprezach. Tym razem również dał popisowy nocny koncert, który potwierdził jego dotychczasową renomę. Sobotni poranek nadszedł szybko i niespodziewanie. Sgt. Milan z 26 z Wisconsin przejął się rolą głównego zawiadowcy naszego niebieskiego zgrupowania i już o 6 rano zrobił nam pobudkę, czym naraził się pewnemu dobrze zbudowanemu sharpshootersowi, którego imienia nie wspomnę. Szybkie śniadanie i już sierżantowskie plemię wzięło nas w obroty, bo nic tak nie robi na zaspane oczy bandy piechurów, jak poranne drillowanie w pełnym rynsztunku w promieniach rozgrzanego słońca.
Oczywiście sierżanci sądzą, że takie ćwiczenia mają nam pomóc w przeżyciu na polu walki, ale my doskonale wiemy, że to ma tylko pokazać, kto kim tu rządzi. Poranne harce dobiegły końca, bo już zbliżała się pora na pierwsze starcie.

Unijne siły w składzie: 9 Nowojorski Regiment Milicji, połączone regimenty 26 z Wisconsin oraz 58 Nowojorski w asyście sharpshootersów oraz kawaleryjskie wsparcie 9 Regimentu z Illinois wymaszerowały ze swojego obozu na spotkanie długo wyczekiwanego przeciwnika.
Nasze połączone regimenty (26 i 58) stanęły w polu na skraju lasu, który był na naszej prawej flance, w tym czasie 9 regiment milicji na wprost przed nami wdał się w potyczkę z silnym zgrupowaniem rebów wychodzących z leśnej przesieki. zelezne 2Naciskani milicjanci zaczęli się cofać w naszą stronę. Wywiązała się zażarta wymiana ognia, niemniej milicjanci powoli, acz nieubłaganie musieli się przegrupować na naszą lewą flankę. Ich manewr był cały czas osłaniany przez jakneskich kawalerzystów, którzy starali się odepchnąć jazdę konfederacką, chcących obejść lewą flankę milicjantów. Na to czekaliśmy my. Kiedy tylko 9 nowojorski zakończył swój manewr i zszedł nam z linii ognia, przed nami pojawiły się rebelianckie szeregi, które mogliśmy w końcu poczęstować „ołowiem”.
Padł rozkaz i nasze karabiny wreszcie przemówiły. Salwa za salwą, ładowanie i strzały, sierżanci się za nami uwijali krzycząc: Faster, faster. W tym samym czasie sharpshootersi wybierali dogodne miejsca na strzały, by razić celnym ogniem wrogie szeregi. Mimo naszego wysiłku reby zaczęły nas spychać z pola w kierunku wioski. Powoli, bez paniki w szeregach przegrupowaliśmy się, a nasz manewr był cały czas osłaniany przez milicjantów. Po zajęciu pozycji ostrzelaliśmy przeciwnika, co pozwoliło na cofnięcie się milicjantów. Wzajemna, skoordynowana osłona utrzymała wszystkie oddziały w dobrej organizacji. Zeszliśmy z pola i wkroczyliśmy na ścieżkę ograniczoną z jednej strony wysokim kamiennym murem, a z drugiej strony stokiem zalesionego wzgórza. Nasi dowódcy postanowili wykorzystać osłonę między drzewami.   Szybko wspięliśmy się na stok ponad ścieżką i ukryliśmy się między drzewami, gdy w tym czasie milicjanci cofali się w kierunku wioski.
Reby całkowicie zajęci walką z milicjantami, których mieli na wyciągnięcie ręki, nie zauważyli, że na swojej lewej flance mają wycelowane w siebie lufy. Chęć rozgromienia unionistów całkowicie ich zaślepiła. Nagle skoordynowana salwa dwóch regimentów ukrytych pośród drzew całkowicie ich zaskoczyła. Chcąc wykorzystać tą chwilę strzelaliśmy do woli, ale niestety ścieżką ciągle parły nowe zastępy konfederatów, a to mogło nas odciąć od milicjantów i doprowadzić do naszej zguby.
Unikając zagłady, pod osłoną salw 9 nowojorskiego regimentu opuściliśmy naszą pozycję, która zapewniła nam początkowy element zaskoczenia. Minęliśmy linię milicjantów i wkroczyliśmy między zabudowania wioski. Ścieżka doprowadziła nas do skrzyżowania z drogą biegnącą przez całą wioskę.  Gęsta zabudowa ukryła nasz kierunek marszu. Skręciwszy ze ścieżki w lewo poszliśmy ok. 60 stóp w górę drogi i tam rozwinęliśmy naszą linię. Gotowi do strzału czekaliśmy na przeciwnika.
W tym czasie szeregi milicjantów nie wytrzymały impetu ataku konfederatów i musiały szybko się cofnąć. Wycofując się, na skrzyżowaniu, skręcili w prawo w dół drogi. Głodni zwycięstwa rebelianci całkowicie skupili się na ściganiu prawie pokonanego wroga. Wybiegając na drogę konfederaccy żołnierze utworzyli linię, plecami do nas, chcąc salwą skosić cofających się milicjantów, ale szybkie działanie sprawiło, że nie zauważyli czekającej w górze drogi niespodzianki.
Kiedy już mieli otworzyć ogień, salwa padła z naszej strony. Zaskoczenie było pełne. Szybkie ładowanie i kolejna salwa poszła w kierunku rebów. Zamieszanie wkradło się w szeregi konfederatów, co umożliwiło nam na przejście przez ich szeregi, by połączyć się z milicjantami.
Niestety rebelianci nie chcieli dać za wygraną i ciągle wprowadzali do walki nowe jednostki. Ponownie podjęli morderczy atak, który zmusił wszystkie unijne regimenty do powolnego cofania się przez wioskę. Walka między zabudowaniami była doskonale wykorzystywana przez sharpsootersów, którzy uwijali się jak pszczoły w ulu. Zmieniali pozycje ogniowe i nie zważając na zagrożenie razili celnym ogniem przeciwnika (w pewnej chwili Yankes62 prawie stałby się newsem w czeskich masmediach, ale w porę ostrzeżony przez tubylców nie rozpoczął ostrzału przy kiepsko oznakowanym zaworze gazowym. Niestety przewaga liczebna po stronie rebów sprawiła, że nasze wysiłki w utrzymaniu pozycji i odparciu ciągle ponawianych ataków spełzły na niczym. Pierwsi ulegli milicjanci, którzy w starciu na bagnety odnieśli prawie stuprocentowe straty. Potem kolej przyszła na nas i nawet sharpshootersi nie byli wstanie tego zmienić. 
Starcie w upale, przy częstych manewrach, mocno dało nam się we znaki, wyczerpani nie mogliśmy odeprzeć ostatniego ataku rebów i musieliśmy im ulec. Tyle raport z pierwszej bitwy.

Całość starcia była oglądana przez licznie przybyłą widownię i mam nadzieję, że to co wszyscy pokazaliśmy, dało im pewne pojęcie o prowadzeniu walk w okresie wojny secesyjnej i jednocześnie zagwarantowało niezłą zabawę. Pierwsza bitwa dała nam się mocno we znaki, szczególnie, że upał był niemiłosierny. Pot lał się niczym wody wodospadu Niagara. Na szczęście do kolejnego starcia mieliśmy trochę czasu i mogliśmy chwilę odetchnąć w cieniu drzew w sadzie, by uzupełnić utracone siły. Sceneria nowej potyczki nie przewidywała zmagań między zabudową wiejską, a wręcz przeciwnie, miała to być pełnokrwista bitwa w polu, którą mogli z bezpiecznej odległości podziwiać licznie przybyli widzowie, w tym i oko kamery telewizji czeskiej.
Jankeskie pozycje wyjściowe znajdowały się w cieniu drzew małego sadu. 26 z Wisconsin oraz nasz 58-smy regiment zajęły lewą flankę, artyleria zajęła centrum, a 9 regiment milicji nowojorskiej znalazł się na prawej flance. Kawalerzyści z 9 z Illinois oraz sharpshootersi osłaniali zgrupowanie od prawej flanki ryglując lukę między sadem a lasem. Na wprost przed nami ulokowały się siły rebelianckiej piechoty, w centrum której ulokowała się artyleria wraz z osłaniającym ją stanowiskiem gatlinga (skąd oni go wzięli????? 
Starcie zaczęło się od hucznego pojedynku artyleryjskiego, w trakcie którego nam, zwykłym piechurom przyszło tylko się modlić, by żaden pocisk nie przeleciał przez nasze pozycje. Huk i dym wystrzałów zdominował na dłuższy czas pole przyszłego, krwawego starcia. W tym samym czasie na lewej flance do akcji weszli kawalerzyści z 9 Illinois, którzy wdali się w utarczki ze swoją konfederacką odpowiedniczką. W sukurs jeździe przyszli sharpshootersi, rażąc celnym ogniem wrogą jazdę. Niestety ogień dział artyleryjskich nie mógł przynieść rozstrzygnięcia, więc jak zawsze do boju musiała wejść piechota. Pierwsza ruszyła na prawym skrzydle milicja. Dziarsko poszli naprzód licząc na szybkie pokonanie dystansu dzielącego ich od rebelianckiej piechoty, tak by uniknąć morderczego ognia dział oraz gatlinga. Zaraz potem zza osłony drzew wyszliśmy i my kierując się przeciwko prawej flance rebeliantów. Idąc byliśmy całkowicie odsłonięci i narażeni na ogień przeciwnika, na szczęście nasza artyleria nie milczała, zapewniając nam zbawczy ogień osłonowy. Reby czekały na nasze przyjście. Kiedy milicjanci tylko podeszli pod pozycje przeciwnika odezwał się gatling. Terkot jego strzałów słyszę w głowie do dziś ( i choć były to tylko strzały „ślepaków”, to świadomość tego, że ktoś w przeszłości szedł pod jego lufy w formacji liniowej przeraża do dziś, takie cele to prezent dla obsługi takiej maszyny zagłady).
Pocisk za pociskiem przygniótł linię milicjantów do ziemi, a po chwili morderczy ogień przeniósł się na nas. Na szczęście milicjanci byli większym zagrożeniem dla rebelianckiej artylerii, więc oni bardziej odczuli szybkostrzelność gatlinga. W tym czasie my wdaliśmy się w pojedynek strzelecki z piechotą przeciwnika. Z bliskiej odległości zaczęliśmy się razić ogniem naszych karabinów. Wymiana ognia trwała na tyle długo, że reby najprawdopodobniej z uwagi na kurczące się zapasy amunicji podjęły desperacki atak na bagnety. Na szczęście byliśmy na to przygotowani. Kiedy oni ruszyli z krzykiem my oddaliśmy skoordynowaną salwę, a potem zwarliśmy się z tymi, którzy ją przeżyli. Walka wręcz była krótka, gdyż reby nie były przygotowane na tak zażartą obronę z naszej strony. Z dużymi stratami musieli się cofnąć. Niestety i po naszej stronie były ofiary. W czasie, kiedy walczyliśmy o życie, na naszej prawej flance regiment milicjantów doznawał całkowitej klęski. Zmasowany ogień konfederackiej piechoty, artylerii, jak i gatlinga rozniósł szeregi jaknesów. Taki obrót sytuacji zmusił nasz połączony regiment do cofnięcia się w kierunku pozycji artylerii w sadzie. Po rozgromieniu milicjantów dwa rebelianckie regimenty piechoty wzięły nas w kleszcze, zagrażając jednocześnie artylerii. Cofając się doszliśmy do linii drzew sadu i zajęliśmy pozycje po lewej stronie dział. Konfederaci szybko się zbliżali. Mimo tego, iż staraliśmy się jak najszybciej strzelać koniec był nieubłagany. Oddając ostatnią salwę we wrogie szeregi, zaczęliśmy ładować swoje karabiny. Na ten moment czekali rebelianci, którzy z krzykiem na ustach rzucili się do ataku na bagnety. Sierżant Milan ze strachem w oczach wykrzyknął ostatnią komendę: „Odwrót”. Kto żyw rzucił się do ucieczki. Częśc rebów zagarnęła działa, a cała reszta rzuciła się w pogoń za nami. Wypadając z sadu wbiegliśmy na pole pełne maków. Biegliśmy na złamanie karków, ratując swoje marne żywota. Chęć uniknięcia rebelianckiej niewoli dodała skrzydeł naszym nogom, bo jak się zatrzymaliśmy okazało się, że odstawiliśmy ich tak, że nie mieli szans by nas dogonić.
zelezne 3Bitwa była zakończona. Mimo tego, że „przegraliśmy” to i tak byliśmy pełni satysfakcji z przedstawienia, które daliśmy naszym widzom. Mam nadzieję, że i oni mogli na chwilę się cofnąć w czasie o 150 lat i poznać jak wówczas walczyły masy żołnierzy, w tej wojnie, która był prekursorką koszmaru I wojny światowej. Po starciu dowiedzieliśmy się od Adasia, że w chwili zagrożenia ze strony wrogiego kawalerzysty, przy niezaładowanej broni, chwycił za lufę, chcąc kolbą odgonić natrętnego jeźdźca. Niestety rozgrzana od wielu strzałów i upału lufa nie była gościnna dla trzymających ja rąk, gdyż taki manewr zakończył się oparzeniami i bąblami. Po takim starciu reszta dnia upłynęła nam na odpoczynku i regeneracji sił. Przyjemnym dodatkiem były koncerty czeskich zespołów muzycznych, zaproszonych przez organizatorów na festyn, który się odbył nieopodal naszego obozowiska. Trzeba przyznać, że Czesi potrafią się bawić, a zespoły grające nawet na tak małym festynie dawały z siebie wszystko, by zabawić swoją publiczność.
Niestety wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Tak i czas naszej przygody dobiegł końca. Niedziela przyszła szybko i „zmusiła” nas do zwinięcia obozowiska i oddalenia się do naszych „czasów”.