2014.07.25-27 Giżyn – Glendale 1862

Czwartek 24 lipca.

W deszczowy dzień, na pola w pobliżu wsi Giżyn, położonej niedaleko Myśliborza, ściągnęli pasjonaci historii amerykańskiej wojny domowej lat 1861-1865. Chęć wzięcia udziału w tym niepowtarzalnym wydarzeniu przywiodła ich z różnych stron Polski, jak i Czech, Niemiec i Słowacji.
Giżyn jest tym nielicznym miejscem w Polsce, które bezpośrednio wiąże się z wojną secesyjną, gdyż to w tej miejscowości znajduje się mauzoleum, w którym pochowany został bezpośredni uczestnik tych wydarzeń tj. Johann August Henrich Heros von Borcke, oficer sztabowy konfederackiego generała kawalerii James’a Ewell’a Brown’a („JEB’a”) Stuart’a. 
Naszym celem, podobnie jak w latach poprzednich, była chęć cofnięcia się w czasie do okresu wojny secesyjnej, wcielenia się w rolę żołnierzy walczących po obydwu stronach konfliktu, doświadczenie trudów i radości z tym związanych oraz przede wszystkim wspólnego spędzenia czasu, wśród tych, których łączy zainteresowanie do tego tragicznego okresu historii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.
Już w czwartek forpoczty obydwu „zwaśnionych” stron, zarówno konfederatów, jak i jankesów, zaczęły ściągać na przyszłe pole żmudnych starć, które miały za sobą pociągnąć wiele przelanego żołnierskiego potu, „krwi” i nie tylko. 
Obozowiska rosły szybko, stawiano namioty, a obok nich rozpalano ogniska, na których miała być przygotowana żołnierska strawa na czele, ze sławnym na wszystkie północne stany gulaszem a’la Yankes. 

        

        

Już na miejscu dowiedzieliśmy się, że komendę nad unijnym zgrupowaniem przejmie kapitan McGrein, a oddelegowanego do Waszyngtonu sierżanta Blue Savage zastąpi świeżo awansowany sierżant Yankes.

    

Pierwszego dnia nie doszło do żadnych starć, z uwagi na fakt, że każda ze stron oczekiwała na przybycie głównych sił swoich wojsk, mających zadecydować o dalszych losach kampanii.

Piątek 25 lipca.

Już od samego rana, do obydwu wrogich sobie obozowisk, przybywały posiłki. Dowódcy chcąc przygotować podległe sobie jednostki do zbliżającej się batalii, zadbali o morale i kondycję żołnierzy, a wiadomo, że nic tak nie wpływa na zapał wojska do walki jak musztra, musztra i jeszcze raz musztra. Ćwiczeniom poddano również nowy narybek, czyli potocznie fresh fish.

        

    

Jak to bywa na wojnie, czas wzmożonych ćwiczeń prędzej czy później musi się skończyć, a nabyte doświadczenie trzeba sprawdzić w boju.
Do pierwszego starcia doszło wieczorem ok. godziny 17.00
Kolumna unijnej piechoty złożona głównie z 58 regimentu piechoty z Nowego Jorku oraz z 26 regimentu piechoty z Wisconsin oraz żuławów pod dowództwem kapitana Mc Greina wymaszerowała ze swego obozowiska w kierunku pobliskiej wsi, w której podobno zgrupowały się znaczne siły buntowników.

        

    

Zbliżywszy się do zabudowań jankesi zostali przywitani sporadycznym ogniem konfederackiej piechoty, w odpowiedzi na który zagrzmiały wszystkie karabiny obydwu regimentów. Zmasowany ogień oraz determinacja unijnej piechoty zmusiły rebeliantów do odwrotu. 
Rozpoczął się pościg, który był wspomagany przez ostrzał sharpshootersów.

        

    

Dotarłszy do głównej drogi wsi okazało się, że konfederaci podzielili swoje zgrupowanie i mocno trzymają wschodnie oraz zachodnie jej krańce. W takiej sytuacji nie było innego wyjścia jak tylko rozdzielić unijne siły i podjąć dalszą walkę. 
Kapral Paul Yank na czele mniejszego pododdziału, wspieranego przez sharpshootersa, miał za zadanie stopować wschodnie zgrupowanie rebeliantów,

    

natomiast znaczna część jankeskiego zgrupowania miała rozprawić się z wrogim oddziałem zlokalizowanym w zachodniej części wsi.

    

Kilkunastominutowa, zażarta wymiana ognia zbierała krwawe żniwo po obydwu stronach, ale nie pozwoliła żadnej z nich przeważyć szali zwycięstwa na swoją korzyść.

        

W tej sytuacji kapitan McGrein nie chcąc doprowadzić do wykrwawienia swoich oddziałów podjął decyzję o przegrupowaniu, w trakcie którego jankesi zachowali pełen ład w szeregach, ciągle odpowiadając na ostrzał prowadzony przez buntowników. 
Niestety w tym samym czasie wschodnie zgrupowanie konfederatów rozpoczęło atak na pododdział sierżanta Yank’a, którego ten nie mógł odeprzeć z uwagi na przeważające siły wroga.

        

Mimo zdeterminowania rebeliantów, dążących do unicestwienia oddziałów Unii, jankesi sprawnie przeprowadzili swój manewr i powoli zaczęli opuszczać wieś. Wymiana ognia nie pozwoliła na jednoznaczne wskazanie zwycięzcy, co zmusiło konfederatów do desperackiego szturmu na bagnety. I tym razem jankesi pokazali na co ich stać. Salwa z karabinów spowolniła ich natarcie, a w krótkiej bezpośredniej walce zostali przez nich odrzuceni. Pomimo strat po obydwu stronach unijne regimenty wycofały się ze wsi w pełnym uporządkowaniu w kierunku swojego obozowiska.

        

To starcie wyraźnie pokazało, że zarówno konfederaci, jak i jankesi nie mają dostatecznych sił, by w jednej potyczce pokonać wroga. Pomimo tego, że unijne oddziały nie zdobyły wsi, wykazały, że w walce są przeciwnikiem, którego nie należy lekceważyć, jednocześnie konfederaci dobitnie pokazali, że są zdeterminowani i nie dadzą się łatwo pokonać.

Sobota 26 lipca.

Noc dała wytchnienie i odpoczynek dla żołnierzy obydwu stron, po krwawych zmaganiach dnia poprzedniego. Przyniosła również nieoczekiwany rozejm, w trakcie którego rano wspólnie oddali hołd pod mauzoleum Heros’a von Borcke.

        

Niestety, jak to bywa z wojennymi rozejmami, są one kruche i nietrwałe. 
Przed godziną jedenastą rano, kapitan McGrein otrzymał wiadomość, że w pobliskim lesie na wschód od obozowiska pojawiły się oddziały konfederackie. 

    

By nie dopuścić ich w pobliże obozu, należało wyjść im naprzeciw i w miarę możliwości albo je rozbić, albo co najmniej zmusić do odwrotu, w kierunku pobliskiej wsi, w której dzień wcześniej doszło do bitwy.
W szpicy atakujących unijnych jednostek byli kawalerzyści z 9 regimentu z Illinois oraz sharpshooters, którzy powoli, acz zdecydowanie zbliżyli się do ściany lasu i podejmując wymianę ognia z rebeliantami weszli między drzewa.

        

Za nimi na lewej flance przygotowywali się do ataku żołnierze 58 i 26 regimentów piechoty. Po uformowaniu się w linię ruszyli do przodu. Żar lał się z nieba, a konfederacki ołów zza drzew, ale to nie powstrzymało jankesów, którzy krok po kroku zbliżyli się do linii drzew. W tym momencie z lewej flanki padła salwa. To konfederaci wykorzystując wszelkie możliwe leśne zasłony próbowali wykorzystać swoją przewagę zajętej pozycji obronnej. Jankesi byli na to przygotowani i odpowiedzieli zmasowanym ogniem. 

        

W tym samym czasie kawalerzyści na prawej flance związali w walce znaczne siły wroga. Tak skoordynowany atak powinien wyprzeć konfederatów z ich pozycji, ale las dawał im pewną osłonę, której nie mogły skruszyć karabinowe pociski.

    

Wobec tego kapitan McGrain postanowił wciągnąć przeciwnika w pułapkę. Zdecydowanym manewrem wyprowadził podległe sobie oddziały na polanę przed lasem, a następnie przez prawą flankę poprowadził je do oskrzydlającego ataku. W obawie przed odcięciem od zaplecza oddziały konfederatów wyszły z lasu stając naprzeciw sformowanym do ataku unijnym liniom. Po krótkiej wymianie ognia, padła komenda do ataku na bagnety, który zmusił buntowników do odwrotu oraz do pozostawienia na polu wielu rannych i zabitych.

        

    

Fortuna kołem się toczy i tym razem łaskawsza była dla jankesów.

Nastąpiła wyczekiwana przerwa w zmaganiach, którą obydwie strony wykorzystały na uzupełnienie strat i sił. 

        

Posiłek i chwila odpoczynku zregenerowały żołnierzy, a że żołnierz, jak wiadomo, nie może się nudzić. Kapitan McGrein zarządził wymarsz 58 i 26 regimentów z obozu w kierunku wschodnim, by przeprowadzić rekonesans okolicy i wybadać, gdzież to tym razem zaszyli się buntownicy.

    

Tą okazję wykorzystali rebelianci, którzy przeprowadzili z zachodu niespodziewany atak na unijny obóz wokół, którego pozostali kawalerzyści z 9 regimentu z Illinois. Mimo chwilowego zaskoczenia spieszeni kawalerzyści, wykorzystując wcześniej wybudowane polowe umocnienia, stawili zdecydowany opór. Niestety przewaga liczebna rebeliantów z każdą chwilą pogarszała sytuację obrońców. 

        

        

Szczęśliwie odgłosy walki doszły uszu kapitana McGrain’a, który zarządził szybki powrót do zaatakowanego obozu.
Wychodząc zza ściany lasu na polanę, na której trwała nierówna walka, 58 i 26 regimenty zatrzymały się, by się przygotować do walki. 

    

Po oddaniu pierwszych salw w kierunku konfederackich jednostek atakujących kawalerzystów okazało się, że z lasu położonego na południowym zachodzie wychodzą kolejne oddziały rebeliantów. Kapitan McGrein zarządził podzielenie sił. Pododdział II pod komendą Paul’a Yank’a, niedawno mianowanego na sierżanta, miał stawić czoła nowo przybyłym siłom konfederackim, natomiast pozostała część sił unijnych, na czele z kapitanem McGrein’em, miała przyjść z pomocą wykrwawiającym się resztkom 9 regimentu z Illinois.

        

    

Walka rozgorzała na dobre. Wszyscy jankesi palili się do bitki i nie mieli zamiaru łatwo oddawać pola przeciwnikowi. Uwijali się niczym w ogniach piekielnych, by szybko ładować broń i czym prędzej razić ogniem tych, którzy próbowali pozbawić ich życia. 

        

Rozdzielenie unijnych sił poskutkowało. W czasie kiedy ich główne zgrupowanie parło na północny zachód, II pododdział zdecydowanie spychał konfederatów, którzy niedawno wyszli z lasu. Ci nie chcąc oddalić się od trzonu swych wojsk postanowili oderwać się od atakujących jankesów i połączyć się z pozostałą częścią swoich oddziałów.
Bitwa wykazała zaangażowanie i kunszt żołnierski obydwu stron, które pod zmasowanym ogniem przeciwników, tracąc rannych i zabitych przeprowadzały manewry niczym na defiladzie. 

        

    

W ferworze walki i szybkich przegrupowań zarówno konfederaci, jak i jankesi skonsolidowali swe siły i stanęli naprzeciw siebie rozpoczynając strzelecką wymianę ognia. Trwała ona dłuższy czas przynosząc kolejne ofiary, ale nie wykazując, która ze stron bierze górę w tym starciu. 

Chcąc zwiększyć dystans od wroga kapitan McGrein zarządził cofnięcie się wszystkich jednostek unijnych. Kiedy oddalaliśmy się od konfederatów ci ciągle prowadzili ostrzał i właśnie w tym momencie dostałem postrzał w ramię, który wyeliminował mnie z dalszych zmagań.

Co było dalej? Tego dowiedziałem się w lazarecie po bitwie. 

Nasi cofnęli się pod las i stawili czoła atakowi na bagnety przeprowadzonemu przez rebeliantów. Reby mimo zdecydowanego ataku wpadli pod ostrzał jankeskich szeregów, doszło do bezpośredniego starcia, w którym było wielu rannych i zabitych, ale które nie przesądziło o losach tej bitwy.

    

Jak się później okazało żadna ze stron nie pokonała drugiej i żadna nie uzyskała zdecydowanej przewagi w polu, więc można uznać, że bitwa była nierozstrzygnięta.

Tyle barwnej opowieść.

Na szczęście to tylko rekonstrukcja, której przyglądało się wielu przybyłych na pole bitwy widzów, mogących doświadczyć tego w jaki sposób prowadzono potyczki i bitwy w czasie trwania wojny secesyjnej. 
Nikt nie został ranny, nikt nie zginął, ale wszyscy z nas, biorących udział w tych zmaganiach, wylaliśmy litry potu, który jest nieodzownym elementem pasji, łączącej nas wszystkich.

Niedziela 27 lipca.

Noc z soboty na niedzielę była czasem bratania się niedawnych „wrogów”, a kiedy wstał niedzielny poranek nadszedł mało wyczekiwany czas pożegnań i odjazdów. 
Niestety musieliśmy powrócić z odległych czasów do tego co niektórzy zwą rzeczywistością, ale na szczęście jest to powrót nie na długo, bo już we wrześniu…


Pvt. Pete W. Gordon.