2014.09.04 Valdikov. Battle of New Hope Church.

Georgia 26 maja 1864r.

Droga Kathy.

Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że już tak dawno nie pisałem, ale wiedz, że okoliczności, w których jestem nie pozwalają mi na chwilę wytchnienia, a tym bardziej nie dają mi okazji do spokojnego skreślenia kilku słów do Ciebie.
Ostatni list Twój dostałem miesiąc temu i przyznać muszę, że bardzo mnie ucieszyła wiadomość, że wszyscy pozostajecie w zdrowiu. Smuci mnie tylko, że w tych ciężkich dla nas wszystkich czasach sprzedaż w sklepie Twojego Ojca zmalała i przez to nie możecie godnie żyć. Mam nadzieję, że już niedługo pokonamy secesjonistów i uchroniwszy Unię od rozpadu będziemy mogli w spokoju wrócić do domów cali i zdrowi.
Czasem mi się wydaje, że wojna trwa już tak długo, iż nie wiem, czy jestem jeszcze wśród żywych, czy też nie wiedząc kiedy wkroczyłem do świata umarłych, z którego nikomu z nas nie będzie dane wrócić. Wielu spośród tych, z którymi przemaszerowałem tyle mil w kurzu, słońcu, deszczu, błocie i walczyłem w tylu bitwach i potyczkach albo już nie ma, albo musieli opuścić nasze szeregi, gdyż rany, które odnieśli, nie pozwoliły im dalej walczyć. Mimo tego, wiem, że nie możemy się poddać i wrócić do domów nie skończywszy walki, która tyle nas kosztowała przelanej krwi. To jest cena za ocalenie Unii, za którą każdy z nas chce walczyć i oddać życie. Nie chciałbym byś roniła łzy i obawiała się o moje zdrowie, wiedz, że moi towarzysze, z którymi walczę w szeregu, jak i oficerowie chcą dać z siebie wszystko, by zakończyć rebelię panów z południa, którzy za nic mają ideały, za które walczyli nasi przodkowie.
10462947_828835017182710_1491718395016982660_n
Niemniej nie o tym miałem Ci pisać. Chcę Tobie oraz Naszym bliskim opisać te kilka ostatnich dni, które spędziłem w boju, a które mają Was przekonać, że nie wystrzelono jeszcze kuli, która byłaby przeznaczona dla mnie, i że nim to nastąpi wojna niechybnie się zakończy i wrócę do Was cały i zdrów.
Jak pewnie wiesz, armie pod wodzą generała Shermana, po zwycięskiej batalii pod Chattanoogą w Tennessee weszły w granice Georgie, ścigając Johnstona i jego rebeliantów. Pewnie ktoś w dowództwie pomyślał, że bez naszej, tj. sgt. Blue Savage, cpl. Yankesa, Old Savage, Walda, Zacka i mnie, obecności Atlanty zdobyć się nie da, dlatego tydzień temu dostaliśmy rozkaz wymarszu w okolice New Hope Church, by wzmocnić znajdujące się tam unijne oddziały.
Droga do Georgie koleją, wozami i pieszo zajęła nam prawie tydzień. Dotarłszy na miejsce do obozowiska, dano nam pół godziny na rozbicie swoich namiotów i przygotowanie się do wymarszu w kierunku wrogich stanowisk. Mimo zmęczenia trudami drogi szybko się uwinęliśmy i zabrawszy plecaki z najpotrzebniejszymi rzeczami stanęliśmy w szeregu, gotowi do kolejnego wymarszu w składzie nowego regimentu. Naszym dowódcą był major o imieniu Tom, którego nazwisko umknęło mej uwadze, choć widać było w jego oczach, że to człowiek, który nie posyła swoich żołnierzy na bezsensowną śmierć i który dba, by każdy z nich miał możliwość wrócić do swojej rodziny.Niedługo znów byliśmy w drodze.
Okolice całkowicie były mi nieznane. Szliśmy dość długo polami, minęliśmy mały staw i wreszcie weszliśmy między drzewa w las, a potem zeszliśmy w zalesiony wąwóz, na dnie którego płynął mały strumyk. Lecz nie dla okolicznej przyrody tu przymaszerowaliśmy, a dla konfederatów, których mieliśmy stąd wyprzeć. Pokonawszy przeciwległe zbocze wąwozu zarządzono pozostawienie niepotrzebnego sprzętu, który mógłby nam przeszkadzać w walce i nim wieczór nastał zostaliśmy poprowadzeni do ataku. Odciążeni, z nabitą bronią szliśmy pośród drzew gęstego lasu. Ciężko było utrzymać szyk, ale nie drzewa miały nam przysporzyć najwięcej kłopotów.
10514511_828835027182709_1248906921818895742_n
Zbliżywszy się do pozycji rebeliantów, okazało się, że nie próżnowali czekając na nasze przybycie i przygotowali umocnienia z drzew, które miały ich chronić przed naszym ostrzałem. Mimo naszego zapału i woli zwycięstwa nasz atak załamał się w ogniu wroga. Musieliśmy się wycofać, ale ta porażka tylko wzmocniła naszą chęć pokonania rebeliantów.
Przybywszy do miejsca gdzie pozostawiliśmy swoje plecaki oficerowie zarządzili budowę umocnień, które miały pomóc nam odeprzeć ewentualny atak wroga.
W między czasie na nasze pozycje między drzewami wprowadzono działo, które miało wesprzeć nas w nadchodzących walkach. Prace przerwał zmierzch, który dla obydwu stron dał chwilę wytchnienia i odpoczynku.
Ranek nadszedł szybko. Koło piątej rano zarządzono pobudkę i od razu miało dojść do porannego ataku na pozycje konfederatów. Zbliżająca się walka szybko przegoniła z nas sen. W doskonałym porządku ruszyliśmy do przodu gotowi pokazać na co nas stać. Niestety rebelianci byli przygotowani na taki obrót sprawy, więc zamiast śniadania dostaliśmy od nich dużą porcję rozgrzanego ołowiu. Szczęściem mnogość drzew ochroniła nas przed dużymi stratami. Cofnęliśmy się, a rebelianci wykorzystali ten moment do przeprowadzenia szybkiego kontrataku. Na szczęście przygotowane przez nas wczoraj wieczorem umocnienia były na tyle silne, że i oni nie dali rady ich sforsować z marszu, a gdy ich odpieraliśmy udało nam się wziąć czterech jeńców.
Te kilka godzin zmagań dobitnie pokazało, że rebelianci jak zawsze dadzą z siebie wszystko by obronić swoje pozycje, a my znów będziemy musieli swój wysiłek okupić przelaną krwią.Oficerowie zarządzili rozbudowanie naszych umocnień. Do prac skierowano część żołnierzy, jak i jeńców. Budowa trwała do dziesiątej rano, a po zakończeniu prac dowództwo zaplanowało kolejny atak. I znów wymaszerowaliśmy, ale tym razem oficerowie, których honor został nadszarpnięty poranną porażką, nie mieli zamiaru tak łatwo się poddać. Niestety rebelianci nie mieli zamiaru łatwo dać się pobić i czynili co mogli, by odeprzeć nasze ataki. Ołów niczym deszcz zalewał nas i ich, ale to oni byli schowani za umocnieniami, a naszą jedyną ochroną były drzewa oraz nasza wola zwycięstwa. Atak od czoła. Od lewej flanki i od prawej, nieprzerwany ostrzał nie dały nam zwycięstwa. Już prawie wdarliśmy się do szańców przeciwnika, ale jakieś piekielne siły ich wspomogły i dopomogły im, by nas odeprzeć. I znów zmuszeni byliśmy się cofnąć.
1962777_828835077182704_1500817067086189585_n
Tym razem zapowiadało się na dłuższą pauzę w walkach. Był czas na posiłek.
Nam przypadł zaszczyt objęcia wysuniętej pozycji, którą mieliśmy bronić jak najdłużej się da, tak by dać czas pozostałej części regimentu na przygotowanie do obrony.
Koło południa zostaliśmy zluzowani na odpoczynek, ale po niedługim odpoczynku powróciliśmy na swoje wcześniejsze pozycje.
Już sądziliśmy, że rebeliantom odeszła wola walki, kiedy wśród drzew rozległ się dźwięk werbli i wykrzykiwanych rozkazów. Długo nikogo nie było widać, ale nagle spośród drzewa wyszły zwarte szeregi wroga. Ostrzelaliśmy ich prawą flankę, ale mimo tego parli naprzód i zagrozili nam odcięciem od reszty naszego regimentu. To zmusiło nas do cofnięcia się na główną linię, gdzie zajęliśmy pozycję koło artylerii.
Walka rozgorzała na całej linii. Kto mógł ładował i strzelał ile miał sil w sobie. Do palby karabinowej dołączyła się artyleria, która raziła atakujących podwójnymi ładunkami kartaczy. Huk, ogień i ołów leciał w kierunku konfederatów, a ci mimo wszystko parli do przodu, ku nam. Odgryzali się jak mogli, ale na nasze szczęście byliśmy schowani za wcześniej przygotowanymi umocnieniami. Nagle skończyły mi się ładunki i musiałem dołożyć nowe do ładownicy, kiedy byłem zajęty ich przekładaniem, nie wiem kiedy rebelianci dotarli na wyciągnięcie ręki do naszych umocnień. Z tyłu za sobą usłyszałem krzyk majora „Odwrót!!!”. Kto mógł zerwał się do ucieczki. Tych co mieli mniej szczęścia dosięgły kule, inni zaczęli w popłochu uciekać. Nikt już nie dbał o uporządkowany odwrót, chcąc cało ujść z tej jatki. Dotarliśmy do potoku, który zwolnił naszą pogoń, to wykorzystali konfederaci, którzy ostrzelali uciekających. Mimo tego przebyliśmy potok i wbiegliśmy na przeciwległe zbocze gdzie przygotowaliśmy się na atak przeciwnika. Rebelianci niczym aniołowie śmierci ruszyli do ataku nie zważając na przeszkody, przebyli potok i dalej pognali w kierunku zbocza. Padła nasza salwa, która ich nie powstrzymała. Widziałem tych obszarpańców, którzy parli naprzód z okrzykiem na ustach. Panika wdarła się w nasze szeregi, kto mógł wybiegł za oficerami spośród drzew na polanę, gdzie sformowaliśmy dwuszereg. Gotowi do salwy czekaliśmy na rebeliantów.
Nagle pojawili się na skraju lasu, a my ich przywitaliśmy ogniem naszych karabinów. Ładowanie i strzał i znów to samo. Nawet nie wiem kiedy rebelianci się cofnęli i pozostawili nas na polanie, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że bitwa dobiegła końca.
Teraz kiedy kreślę te słowa jest wieczór, a dookoła jest prawie cisza. Jestem zmęczony, a me lewe ramie jest obandażowane. Nie lękaj się miła, nic mi nie jest, to tylko draśnięcie, po którym lada dzień nie będzie śladu, ale rana na dumie naszego regimentu tak szybko nie zniknie. Dlatego musimy jak najszybciej otrząsnąć się z porażki i ruszyć do walki, by pokazać rebeliantom, że nasza walka o jedność Unii ma pierwszeństwo, przed ich walką o ochronę niewolnictwa. |
Pozdrów proszę Swego Ojca i ucałuj naszego Syna. Wiedz proszę że zbliża się dzień, w którym stanę w drzwiach naszego domu i nic nas nie rozdzieli.
Napisz proszę co się dzieje w naszej osadzie, co słychać u naszej rodziny i czy nasz Syn już nauczył się pływać w stawie McGregorów.

Twój zawsze oddany Pete .